Szary dzień - bez kolorów wiosny
strach, jak mgła
kłębami unosi się
ponad Westminsterski most,
Big Ben
jak stada wron, złowrogi wrzask,
na murze roztrzaskany ślad
podeptane róże,
ku niebu otworzą
swe pąki,
będą cieszyć dłużej
soczystością barw,
od tych urosłych w cieniu
Szary dzień - smukłe nagie drzewo
ciche,
choć w koronie zimny wiatr
dmie.
Anioł z krzyżem na chwilę
zamknął oczy,
i Korablik odwrócił dziób
Newy spokojne fale,
wzburzył wstrząs, obmyły brzeg
huk rozproszył ptaki,
Peterhofu drzew
Siennaja Płoszczad -
tu skończył się świat
kolejny raz,
zabrakło dnia, zabrakło nas
Umilkł śpiew syreny
w kipieli srebrnych fal.
Wyciągnięte ręce błagalnie
opuszkami palców ku niebu - szukające Boga,
odtwarzają scenę z Michała Anioła
oczy zamknięte, otwarte ze strachu,
usta ściśnięte pianą od gazu
to nie stado wilków jest,
homo homini lupus est -
Serca zatrute drażniącym dymem
Już nie wysyłają S.O.S.
Miasto północy, zimne,
spokojne
tu wiosny dni jeszcze rzeźkie,
gdzie nigdy dotąd
nie umilkł nagle ulicy gwar,
nikt nie znał
takich chwil,
gdy koniec ma
połowę dnia -
pory roku początek
na deptaku Drottninggatan
pozostanie czterech ślad,
Brunkulla rozsypana
aż po Birgera prastare korzenie.
Błysk
znów krzyk wstrząsnął
tłumem
zmęczenie daje się we znaki
z życia
szyderczo śmieją się diabliki
uciekać
jedna myśl tylko dokąd
pozostać
bez trwogi wzrok podnosić
czoło
choć depczą Yorków Lancasterów
róże
i maki czerwieńsze giną
pozostać
swego bronić to świętość.
Spłynęła krwią La Rambla,
aż po Kataloński plac
serce miasta zadrżało,
trzynastu zabrakło tchnień -
złowrogiej flagi cienie
zasnuły słońce
Barcelony
Rozbrzmiewa
dumna jej pieśń
przez łzy.
Wiosny trzeci dzień
pochmurny,
zabrzmiał znów syren fałszywy śpiew
w Carcassonne,
nim umilkł - rozbity o mury warowne
a fale Orbiel spłynęły ku brzegom Aude,
zatrzymał drżenie czworga serc
w Trebes,
nim zenitu dobiegł kres
oddał życie swe Arnaud,
by inny rozkwitł lilii kwiat
w tej ziemi,
Słońce oślepi półksiężyca czas.
Printemps troisieme jour
nuageux,
encore une fois les sirenes ont fait un faux chant
a Carcassonne,
avant qu'il ne se taise - brisé en murs fortifiés
et les vagues d'Orbiel coulaient sur les rivages de l'Aude,
il a arreté le tremblement de quatre cours
a Trebes,
avant la fin du zénith
il a donné sa vie a Arnaud,
qu'une autre fleur a fleuri
dans cette terre,
Le soleil aveuglera l'heure de la demi-lune.
Odszedł bohater,
tydzień cicho walczył o życie
nie wiedziałeś że
na ustach miał stanowcze:
                            Nie!
by nie wróciło Bataclan,
w Strassburgu
dziś mówią: piąty
a pierwszym był w odsieczy
z szarżą na zło,
jak pod Mokrą
przeciwstawny nienawiści
tylu kolejnych uniknęło jej
dzięki niemu,
Pamiętaj Pierwszego.
Na Przedmieściu zebrał się tłum
rwetes jest i krzyki znów
to Julii czas - lecz zamiast z balkonu
uśmiech słać - kolanem przybita do betonu
za Margot
ogłuszyli, krew puścili
za słów trzeźwych trwa łapanka
Divide et impera
namiestniku
Po cóż wróciłaś tu dziewczyno -
za Margot
nie przyniosła szczęścia tęcza
pełny dzban radości
złości, nienawiści błysnął grom
na Przedmieściu
pod twym balkonem już nie zatrzyma się
Margot
Choć to człowiek jest
nie ideologia.
Tak łatwo deptać cudze
mniemając, że się broni
własnych świętości
wycierać buty brudne
smrodem złości
w kolory tętniące
iskrą miłości
Za rogiem już czeka pucybut
Biało-czerwoną na glanc
wyczyści.
W innych miejscach, lecz jak w tamte dni
gdy ku słońcu rósł pomarańczowy gaj,
rozdarł niebo gniewu błysk
krzyk tysięcy gardeł,
by stał się plac Niepodległości
wart imienia swego,
w tysiącach serc tętni
biało-czerwono-biały rytm,
niech będzie niczym taran
skruszy, rozbije stare
i runą mury, co ruiną już,
tysiące oświetli jasność jutrzenki
Gdy ostygnie krew przelana,
blizny ran pamiętać będą
i biało-czerwono-białe łzy
na policzkach,
rozkwitną - Grodno i Mińsk
teraz krzyk niech trwa
Póki dzień nie nastanie cichy.
Protesty mają kobiecą twarz
zalaną łzami, modlitwami,
o wolność i spokój
solidarność łopoczących barw,
emigrują spękane serca
aż za Niemen szemrzący tęsknotą,
protesty ścielą się kwiatów łąkami
zdeptanymi nienawiścią,
słychać donośny krzyk
by padły jej mury,
Grodno, Brześć i Mińsk
rwącymi falami nadziei zalane,
że będą jeszcze niepokonane
trwać
Protesty mają twarze tych trzech,
którzy odeszli wraz z sierpniem.
Nadal jest ktoś, kto nie wierzy
i twierdzi, że więcej w tym ściemy,
że gorszy jest tyfus i grypa -
to tylko mały bandyta,
On wdziera się w twój organizm
podstępnie, bezobjawowo,
wprowadza niszczący kataklizm -
wciąż są niewierzący na słowo,
Ale ty walcz człowieku dzielny
niczym Michał zwycięski,
jak Jerzy waleczny -
gadzinie nastanie czas klęski,
wierzę, że wirusa wyrzucisz
z ciała, do sceny wrócisz,
w kosmos obcego -
tam, w próżni jest miejsce jego.
Giniesz i nie ma cię
świszczą kule zgubione,
nie będzie jego, jej
nie będzie pauzy, wstecz,
zacznij od nowa
nie powtórzysz nic,
gdy wojna rozbije okna
drzwi,
I dom który znałeś na Puszkińskiej
pozostanie w twojej pamięci,
lub rozsypie się bez niej
zatrzymasz choć dzień w koszmarze,
spokojny sen na moment,
odepchnij zło
niech nie zakryje mgłą drogi,
którą chcesz iść.
śnieg już nie biały
ani myśl,
wśród stepów grzmi
płoną drzewa pomarańczy,
w językach ognia każdy liść
w okowach mrozu początek dnia,
okna odbijają marsowy blask
dzika horda niszczy gaj,
ponad nim krążą kruki -
złowieszczy odgłos zimy,
luty trwa
Powróci nieba błękitnego czas
zazieleni wiosna
sad!
Zapamiętaj tę twarz
dziewczynki,
dwanaście lat miał cały jej świat
ani jednego dnia więcej,
umilkło radosne serce
bo najeźdźcy dosięgły kule -
morderców
na ulicy Telihy,
nie zapomnij imion
wolnej Ukrainy!
Niebo ma kolor błękitno-złoty.
Jeszcze myślisz, że to sen
powracające deja vu,
koszmar
którego nie chcesz,
lustrzanym odbiciem
tamtych chwil,
wołające o pomstę
oczy szeroko otwarte!
Łez
już nie ma w nich
Nienawiścią i błotem skalane
Ust
milczenie niesione
ponad sosnowy las
Pamięci
nakręcane perpetuum mobile
przetrwa.
Nienawiść nie ma flagi,
choć barwi ją
krwawy rozbryzg
mieszanina gruzów i kości
przerażonych spojrzeń, przeszywających na wskroś
mieczy ci u nich dostatek
wystarczy, by w minutach setki strat
każdego dnia
oddawać Bogu
Nie słyszą, jak tak samo brzmią
Szalom alejchem
Salam alejkum
Pokój z Wami.
Miasto tonie w gorących łzach,
a przecież mróz i śnieg
ulice skuwa
serca
oczy zamknięte
teraz za późno płoną,
gdzie byłeś, byłaś
gdy człowiek
konał.
Tak daleko stąd, tak blisko -
trudno zliczyć ilość kroków,
trwa zima, nie znajdziesz przebiśniegów
i żółtych kielichów pierwiosnka,
na tej bieli dobrze kwitnie tylko
oderwany zakrzep krwi,
łez nie zna nikt
w mgnieniu oka stają się soplami,
ostrymi jak sztylety
w sercu matki,
poza horyzont mroźnego piekła
roztacza się cisza
W nim pozostał
bohater nowych czasów.
Jeszcze raz, jak co dnia
pomimo mrozu,
tętni życiem pomarańczowy gaj
słyszysz odgłosy wiosny,
choć szron ściska gałęzie
ciepły promień muska je -
zwycięży tę biel,
rażącą nasze spojrzenia
i ponad drzewa wzniesie się trel
powracających ptaków,
rozkwitną w gaju pomarańcze
ślady krwi znikną,
zapomni o nich gaj, choć my będziemy
I pozostaną w nas
te wszystkie ścięte drzewa,
urosną.
Cicho, umilkły dzwonki
zgasła feria barw
ciemność wchłonęła krzyki
nienawiść wtargnęła w radosne śpiewanie
cicho
szok niczym mgła
ogarnia zdziwionych
Martwi, ranni, zaskoczeni -
na czterystu metrach strachu
oto lekarz złamał przysięgę
primum non nocere
w bruk rzucając zemstę
gniewu krwawy ścieg
boleśnie naznaczył
Magdeburg.
Kłębią się sny, nadzieje płoną
mijają gorące grudniowe dni,
wystąpił z brzegów rwący nurt
zalewa marzenie,
stoisz na brzegiem tym
Ty i Ty,
Kartvelo kheli kmals ikar -
znów brzmi w uszach, jak dawniej,
marsowe unieś brwi
nie zgadzaj się,
by wtargnął mróz, kry
na fale rzeki Kury
nie ściął wolności
i drzewom łamano gałęzie,
łańcucha ogniwa popękały
W nowe dni niech rozkwitną
Dżondżoli Kaukazu,
i słonecznie barwi szafran Imeretii
nić łączącą serca.
Znów runął dom i ugrzązł pod gruzami krzyk
zdusił pył, nim słowa i myśl,
świsnął bicz
pod skórą z krwią
zmieszało się piekło,
ci, którzy zapomnieli jego swąd
zamienili się miejscami,
odrzucili pozdrowienie
Szalom,
aż na samo dno
upodlenia.
Niebo znów pocięły błyskawice, skry
wpadły w okna, niczym złowrogie szerszenie
burząc spokój i sny
unosząc kurz i dym, ciemność
biały żagiel się tli
ulice Abdanan rozgorzały
czekając na słońce, ryk lwa
co pazurem zerwie
łopoczącą czerwień
Jeszcze się nic nie zmienia
powoli nadchodzą jasne dni
i nadzieja niesiona
przez potomków Persji.